niedziela, 21 stycznia 2018

Sanatoryjne reminiscencje





Wróciliśmy właśnie z sanatorium. Sanatorium Arka w Kołobrzegu. Byliśmy już tam sześć lat temu. Trochę się zmieniło, nie ma już dla kuracjuszy szwedzkiego stołu, przybył nowy budynek hotelowy, tzw. Hotel D.
Obiekt w całości i w szczególe prezentuje się wspaniale. Mieszka w nim łącznie 1050 gości w 400 pokojach, w tym 380 kuracjuszy NFZ. Nie ma tu policzonych wykupionych apartamentów.
Wszystkie budynki są połączone łącznikami, systemem wind i na dobrą sprawę nie trzeba w ogóle wychodzić na zewnątrz. Z mojej perspektywy wygląda to tak:
Mieszkaliśmy właśnie w pokoju  w hotelu D, apartamentowcu, pokój, bardzo wygodny, duży, doskonale umeblowany, szafa trzydrzwiowa z nadstawką, biurko na dwie osoby, kredens z lodówką, duże łóżka, choć mało wygodne, klimatyzacja, balkon.
Z poziomu drugiego piętra idzie się łącznikiem i po drodze mamy restaurację dla tych, którzy mieszkają i nie wykupili jedzenia, dalej jest stołówka dla kuracjuszy, a następnie restauracja dla tych gości, którzy wykupili pobyt z wyżywieniem. Dalej sklepiki, bar, basen kryty i na tarasie basen odkryty, sala fitness itd. Ruchome schody w dół wiodły do recepcji i bazy zabiegowej.
Wracając do stołówki dla kuracjuszy, na jedną zmianę 190 osób, ale obsługa sprawna i długo nie trzeba czekać. Jedzenie bardzo dobre i w wystarczającej ilości.
Tak więc mieszkanie i wyżywienie bardzo zadawalające. Skoro więc wypoczęci i nakarmieni, to pora na najważniejsze, na zabiegi.
Ja miałem inhalacje, diadynamik na kręgosłup, fango (takie gorące błoto), gimnastykę w basenie, rower i krioterapię ogólnoustrojową.
Krioterapię opiszę bardziej szczegółowo, jako że jest to dość ciekawa sprawa. O zaletach tej terapii pisał nie będę, bo to każdy w Internecie znajdzie, opiszę samą terapię. Zaczęło się w piątek spotkaniem organizacyjnym, na którym nas poinformowano o szczegółach i zalecono kupić specjalny strój. Nie pomogły tłumaczenia, że jakieś tam bawełniane elementy się ma, kupić i koniec. Zestaw dla panów 70.-, dla pań 75.- z certyfikatem. W skład wchodziło: opaska na uszy, ochrona na nos i usta, taki namordnik, rękawiczki, spodenki, długie skarpety. W poniedziałek ok. 8 rano po 5 osób, ubrani w ten strój, (zbadano nam ciśnienie, powyżej 160 do komory nie wolno), dalej do kolejnego pomieszczenia, gdzie nas obejrzano, czy ubiór właściwy, wchodziliśmy sprawnie do pierwszej komory, gdzie temperatura wynosiła ok. minus 50-60 stopni i po 15 sekundach pracownik techniczny, który przebywał w tej komorze z nami wpuszczał nas do komory właściwej. Tam chodziliśmy dookoła kabiny (1,5-1,5 m), przez mikrofon informowano nas o temperaturze: minus 120-135 stopni, kazano zmienić kierunek i tak 2 i pół  min. Wewnątrz było dość traumatycznie, bo dużo takiej mgły, że nic prawie nie widać, dzięki temu, że na ścianie były ledowe lampki, widać było ścianę, bo osoby przed sobą to już niekoniecznie, pomimo, że to małe pomieszczenie. Po wyjściu szło się na sale ćwiczeń i tam ok. 15 minut ćwiczenia na przyrządach: rowery, orbitreki itp. Chodziło o to, aby dobrze rozgrzać mięśnie. Cała seria to dziesięć zabiegów. Czy będą skuteczne, czas pokaże.
Jeśli chodzi o inne zabiegi, to nic nadzwyczajnego. Osoby zajmujące się zabiegami traktowały to jako zło konieczne i w wielu przypadkach bez szczególnej jakiejś miłej atmosfery, co zresztą nie specjalnie dziwi przy takiej ilości kuracjuszy.
Były też cztery wizyty u lekarza. Ja skorzystałem z trzech, z pierwszej, bo nieodzowna dla ustalenia rodzaju zabiegów, druga, po kilku dniach, dla zmiany jednego z zabiegów na trzeciej nie byłem, bo nie było po co, na ostatniej, to czysta formalność.
Skoro warunki bytowe były ok, sprawy zdrowotne też, to pora na rozrywkę.
Prawie codziennie odbywały się jakieś występy, bo trudno to koncertami nazwać, taka chałturka, ale niczego sobie, w dodatku za darmo. Od środy do niedzieli były potańcówki, jak to wyglądało nie wiem, bo nie uczestniczyłem. Były też wycieczki odpłatne: do Berlina, Szczecina, Świnoujścia, Poczdamu i jakiegoś oceanarium w Niemczech i bezpłatne, po Kołobrzegu. Znajomość niektórych z tych miejscowości oraz panująca wysoka temperatura nie skłoniła nas do wzięcia udziału w którejkolwiek z nich.
Wspomniałem wcześniej o basenie na tarasie, z niego można było korzystać do woli i jeśli znalazło się wolne łóżko polowe, to można było poleżeć i opalać się, tym bardziej, że pogoda dopisała. Można też było posiedzieć w wygodnych fotelikach i popijać piwko, kawę lub co kto tam chciał korzystając z   pobliskiego baru.
Spacerować można było do woli i do portu i do tzw. Kamiennego Szańca i gdzie tylko komu się zachciało, pieszo, miejskim autobusem, rowerem, czy własnym samochodem.
Rower można było wypożyczyć bez problemu za jedyne 5.-/h. Skorzystałem z tej m możliwości i odbyłem wspaniałą wycieczkę w kierunku Darłowa. Fakt, że cała trasa rowerowa ma 58 km i jest ponoć doskonale przygotowana, ale mnie wystarczyło najbliższe ok. 3km do Podczela. Jechało się pięknie położona drogą wzdłuż morza, mokradeł, by w końcu groblą między mokradłami, na których były siedliska ptactwa wodnego dojechać do wspomnianego ośrodka. O Podczelu nie będę pisał, bo nie ma o czym, za to, to co wdziałem po drodze, to wspaniałe widoki i mnogość ptactwa. Spotkany wędkarz opowiadał, że te mokradła ciągną się kilometrami po tej stronie szosy koszalińskiej, ale też po drugiej stronie. Na tym odcinku drogi ruch rowerowy był tak duży, że zastanawiałem się, czy to nie autostrada.
                                             
CAM00548
CAM00547CAM00544



Nudzić się więc nie było można, każdy mógł coś dla siebie znaleźć. Byli tacy, co uczestniczyli we wszystkich tańcach i na siłę szukali przyjaciółki, czy przyjaciela, o czym wiemy z rozmów przy stole, byli tacy, którzy korzystali ze wszystkich wycieczek i byli z nich bardzo zadowoleni, byli tacy, którzy wędrowali do portu, na nadmorski bulwar i sączyli piwo, kawę, jedli lody rozkoszując się atmosferą nadmorskiego kurortu.
Byli pewnie też malkontenci, ale tych na szczęście nie spotkaliśmy.
Pobyt zadowolił nas w pełni. Trzy tygodnie minęły jak „z bicza trzasł”, aż szkoda, że tak szybko, z drugiej jednak strony pod koniec już ckniło się trochę za wlanym mieszkaniem, własnymi kątami.
Krótko mówiąc, było fajnie. Mam tylko nadzieję ,że zabiegi okażą się skuteczne i długotrwałe, bo po to w końcu się do sanatorium jedzie.
Na koniec taka uwaga: kierowcy z koszalińską rejestracją jeżdżą  fatalnie, ni e przepuszczają pieszych na pasach, nie udzielają pierwszeństwa na skrzyżowaniach, no wprost karygodnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz