Tym razem postanowiłem wypowiedzieć się na temat marketów, choć właściwie nie zupełnie o nich, a nijako przy okazji.
Widziałem ich już wiele.
Zwykle bywam tam z moja lepsza połową, ale zdarzy mi się być tam samemu, a to zwykle z powodu jakiegoś pilnego, potrzebnego do domu zakupu w części spożywczo-przemysłowej.
Wtedy, jak ten koń, co ma klapki na oczach, idę tylko tam, gdzie muszę , biorę co trzeba i do … kasy.
Gdyby ktoś mnie zapytał o cokolwiek, to nie umiałbym odpowiedzieć.
Do marketów mam ambiwalentny stosunek: lubię i nie lubię.Nie lubię, bo zwykle straci się tam niepotrzebnie jakieś pieniądze, lubię, bo obserwuję ludzi.
O tej części marketowo – glaryjnej chcę napisać.
Swoją drogą, czemu market nazywa się galerią, to nie wiem, czy chodzi o to, że masz sobie pochodzić, pooglądać, a kupić i tak nie kupisz, jak w galerii obrazów, bo cię nie na to nie stać, być może.
Jak napisałem wyżej, zwykle w takim przybytku Merkurego bywam z moja lepszą połową i nic mi to nie robi, że Ona sobie chodzi po wybranych sklepach, jako, że zna odpowiednie marki i wie, gdzie lepiej nie wchodzić, bo tam odzież jest dla osób z rozmiarem mikroskopijnym, a panie w wieku pomłodzieńczym, mają zwykle rozmiarówkę troszkę inna.
W tym czasie ja sobie siadam na licznych w tych przybytkach ławeczkach i patrzę na ludzi. Patrzę i patrzę i nadziwić się nie mogę, ile to różnych osób i z ilu to różnych powodów tam przybywa.
Widzę więc starsze osoby, którym dzieci postanowiły zrobić przyjemność (wątpliwą raczej) i zabrać do marketu.
Idzie taka babcia czy dziadek, wsparci o wózek, zwany przez mnie karadeją, rozglądają się zdziwieni dookoła. Pamiętają doskonale, jak to kilkadziesiąt lat temu w sklepach był tylko ocet.
Wielu to czytających pamięta, a młodsi nich się dowiedzą, że wszystko było na kartki i z tego powodu powstawały czasem dość komiczne sytuacje.
Pamiętam w moim mieście , na jednej z ulic mieszkała kobiecina, która nie miała rodziny, ale wszystko, co było na kartki, wykupywała, no bo jak dają, to trzeba brać i kiedy jej się zmarło,służby miejskie zabrały się za likwidację jej mieszkania. I to nazbierał się pełniutki Żuk, taka pół ciężarówka polskiej produkcji ( to informacja dla młodszych czytelników) wszelkiego kartkowego dobra, było więc dużo wódki, były czekolady, były papierosy, były buty i już nie pamiętam, co jeszcze.
Ale wracając do rzeczywistości, to tacy staruszkowie więcej do takiej galerii nie wrócą, bo to dla nich zbyt meczące, wiem co mówię.
Widziałem ich już wiele.
Zwykle bywam tam z moja lepsza połową, ale zdarzy mi się być tam samemu, a to zwykle z powodu jakiegoś pilnego, potrzebnego do domu zakupu w części spożywczo-przemysłowej.
Wtedy, jak ten koń, co ma klapki na oczach, idę tylko tam, gdzie muszę , biorę co trzeba i do … kasy.
Gdyby ktoś mnie zapytał o cokolwiek, to nie umiałbym odpowiedzieć.
Do marketów mam ambiwalentny stosunek: lubię i nie lubię.Nie lubię, bo zwykle straci się tam niepotrzebnie jakieś pieniądze, lubię, bo obserwuję ludzi.
O tej części marketowo – glaryjnej chcę napisać.
Swoją drogą, czemu market nazywa się galerią, to nie wiem, czy chodzi o to, że masz sobie pochodzić, pooglądać, a kupić i tak nie kupisz, jak w galerii obrazów, bo cię nie na to nie stać, być może.
Jak napisałem wyżej, zwykle w takim przybytku Merkurego bywam z moja lepszą połową i nic mi to nie robi, że Ona sobie chodzi po wybranych sklepach, jako, że zna odpowiednie marki i wie, gdzie lepiej nie wchodzić, bo tam odzież jest dla osób z rozmiarem mikroskopijnym, a panie w wieku pomłodzieńczym, mają zwykle rozmiarówkę troszkę inna.
W tym czasie ja sobie siadam na licznych w tych przybytkach ławeczkach i patrzę na ludzi. Patrzę i patrzę i nadziwić się nie mogę, ile to różnych osób i z ilu to różnych powodów tam przybywa.
Widzę więc starsze osoby, którym dzieci postanowiły zrobić przyjemność (wątpliwą raczej) i zabrać do marketu.
Idzie taka babcia czy dziadek, wsparci o wózek, zwany przez mnie karadeją, rozglądają się zdziwieni dookoła. Pamiętają doskonale, jak to kilkadziesiąt lat temu w sklepach był tylko ocet.
Wielu to czytających pamięta, a młodsi nich się dowiedzą, że wszystko było na kartki i z tego powodu powstawały czasem dość komiczne sytuacje.
Pamiętam w moim mieście , na jednej z ulic mieszkała kobiecina, która nie miała rodziny, ale wszystko, co było na kartki, wykupywała, no bo jak dają, to trzeba brać i kiedy jej się zmarło,służby miejskie zabrały się za likwidację jej mieszkania. I to nazbierał się pełniutki Żuk, taka pół ciężarówka polskiej produkcji ( to informacja dla młodszych czytelników) wszelkiego kartkowego dobra, było więc dużo wódki, były czekolady, były papierosy, były buty i już nie pamiętam, co jeszcze.
Ale wracając do rzeczywistości, to tacy staruszkowie więcej do takiej galerii nie wrócą, bo to dla nich zbyt meczące, wiem co mówię.
Dalej widuję całe rodziny, które przyszły na zakupy według amerykańskiego wzoru, raz w tygodniu i już.
Inną grupę stanowią kobiety i mężczyźni, którzy z jakiś, im tylko znach powodów, nie spieszą się do domu. Bo to albo partner lub partnerka, nie są na tyle pociągający, aby się do nich spieszyć, albo są tak nudni, albo, sam już nie wiem czemu, widać wszakże, że im się do domu nie spieszy.
Są tez kobiety, które przyszły coś sobie kupić, i szukają po sklepach odpowiedniej odzieży.
Są też ludzie samotni, dla których czas spędzony w markecie jest zabiciem czasu, sposobem na samotność, choć wydaje mi się to dość złudne.
Sporą grupę stanowią drobni biznesmeni, którzy marketowe kawiarenki traktują jak swoje biura.
Byłem mimowolnym świadkiem, jak facet, młody zresztą, rozliczał koleżankę lub pracowniczkę z jej pracy, i pracy jej kolegów, dokładnie wypytując o szczegóły, to było żenujące.
CBA nie musiało by się powstydzić.
No i niestety są młode dziewczyny, które szukają przygód, a właściwie zarobku, zwane ostatnio galeriankami.
Te rozpoznać można po hałaśliwym zachowaniu, po wyzywającym sposobie bycia. Mówiąc szczerze, to pies je drapał, interesuje mnie tylko, i to jest problem, co na to ich rodzice?
Czy nie interesuje ich, co robi ich dziecko po szkole, albo może podczas zajęć szkolnych?
No, to tak z grubsza opisałem co widziałem.
Więc to by było na tyle tym razem.
Inną grupę stanowią kobiety i mężczyźni, którzy z jakiś, im tylko znach powodów, nie spieszą się do domu. Bo to albo partner lub partnerka, nie są na tyle pociągający, aby się do nich spieszyć, albo są tak nudni, albo, sam już nie wiem czemu, widać wszakże, że im się do domu nie spieszy.
Są tez kobiety, które przyszły coś sobie kupić, i szukają po sklepach odpowiedniej odzieży.
Są też ludzie samotni, dla których czas spędzony w markecie jest zabiciem czasu, sposobem na samotność, choć wydaje mi się to dość złudne.
Sporą grupę stanowią drobni biznesmeni, którzy marketowe kawiarenki traktują jak swoje biura.
Byłem mimowolnym świadkiem, jak facet, młody zresztą, rozliczał koleżankę lub pracowniczkę z jej pracy, i pracy jej kolegów, dokładnie wypytując o szczegóły, to było żenujące.
CBA nie musiało by się powstydzić.
No i niestety są młode dziewczyny, które szukają przygód, a właściwie zarobku, zwane ostatnio galeriankami.
Te rozpoznać można po hałaśliwym zachowaniu, po wyzywającym sposobie bycia. Mówiąc szczerze, to pies je drapał, interesuje mnie tylko, i to jest problem, co na to ich rodzice?
Czy nie interesuje ich, co robi ich dziecko po szkole, albo może podczas zajęć szkolnych?
No, to tak z grubsza opisałem co widziałem.
Więc to by było na tyle tym razem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz